Wszyscy byli więc zadowoleni. Pruski projekt – mówili dorośli. Dla nas dzieci to był po prostu… nasz dom. Tylko że bez podwórka, a z tablicą i gąbką.
Ale nie to było najdziwniejsze.
Nasza szkoła była… parytetowa. Słowo, którego jako dzieci nie rozumieliśmy. Dorośli tłumaczyli nam krótko: nad szkołą czuwają dwaj panowie. Ksiądz z kościoła i pastor z gminy ewangelickiej. Razem. W jednym budynku. Katolicy i ewangelicy – te same ławki, ten sam korytarz, ten sam dziedziniec. Z dumą mogę powiedzieć, że chodziłem do jedynej takiej szkoły w okolicy...

Visit Social media:
Share Social media: